Dlaczego dzieci wolą grać w gry, niż odrabiać lekcje?

Gdyby dzieci naprawdę nie lubiły się uczyć, nie spędzałyby godzin, próbując przejść jeden poziom w grze po raz dwudziesty. Nie rzucałyby się z radości na coraz trudniejsze wyzwania w cyfrowych rozgrywkach i nie zaczynałyby od zera tylko po to, żeby spróbować jeszcze raz.

Kontroler do gry leży na stosie podręczników i ćwiczeniówek z pracą domową.
Obraz powstał z wykorzystaniem Sztucznej Inteligencji

A jednak robią to codziennie. Tylko właśnie – nie w zeszycie, czy ćwiczeniówce do polskiego, a w jakiejś ulubionej grze. Tylko dlaczego wolą grać w gry, niż odrabiać lekcje? Im dłużej obserwuję dzieci jako mama, projektantka gier i osoba, która od lat siedzi w świecie mechanik, progresu i motywacji, tym częściej myślę, że problemem nie jest nauka, a sposób w jaki ją projektujemy. Dzieci wolą gry niż naukę, bo są dla nich atrakcyjniejsze.

To nie lenistwo jest „winne”, to sposób, w jaki doświadczamy

Bardzo często można usłyszeć:
„Dzieci są leniwe”, „Moje dziecko nie chce się uczyć”, „Moje dziecko ciągle tylko gra”. I rodzice załamują ręce, bo ich dzieci wolą gry, niż odrabiać lekcje.

Ale dzieci nie unikają wysiłku jako takiego, one wybierają to co ma dla nich widoczny sens, w czym dostają informację zwrotną i na co mają realny wpływ. Nic dziwnego, że wolą gry.

Spójrzmy na różnicę:

Praca domowa / lekcja

  • zrób, bo trzeba
  • jedna ocena na końcu
  • brak widocznej drogi
  • często brak odpowiedzi na pytanie po co mi to?

Gra

  • jasny cel
  • poziomy
  • widoczny progres
  • komunikat: jeszcze nie umiesz, ale jesteś coraz bliżej!

I nagle okazuje się, że dzieci nie uciekają od nauki. Uciekają od doświadczeń, które nie dają im poczucia, że cokolwiek się zmienia, czy że na cokolwiek mają wpływ.

Gry pokazują coś, czego szkoła często nie przedstawia w tak jasny sposób: progres

W grach dokładnie wiesz, gdzie jesteś, a w szkole bardzo często wiesz tylko, czy jesteś „dobry”, czy „słaby”. W grze zaczynasz jako totalny nowicjusz, próbujesz, popełniasz błędy (nie boisz się tego robić), nagle coś „klika” i widzisz, że jesteś lepszy niż wczoraj, natomiast w szkole rzadko kiedy uczeń zdaje sobie sprawę, że jedno zadanie prowadzi do drugiego i nie widzi, jaką drogę już przeszedł.

I co ciekawe – dorośli robią dokładnie to samo: prowadzimy trackery, checklisty, bullet journale, excelle, statystyki. Notujemy, ile przebiegliśmy kilometrów, ile stron przeczytaliśmy, ile osób odwiedziło stronę. Po co? Żeby zobaczyć progres.

Dlaczego więc dzieciom odmawiamy tego samego?

Dlaczego wierszyk działa?

Jest jeden bardzo prosty przykład, który uwielbiam. Wierszyk. Najpierw nie umiem żadnej zwrotki. Potem umiem jedną, dwie, trzy. Mission complete. Dziecko widzi, że coś potrafi. Widzi zamknięty etap.

A teraz klasyczne zadanie domowe: „zrób ćwiczenia 1–5”. I bardzo często nie ma odpowiedzi na pytanie: co ja już umiem dzięki temu zadaniu? To nie treść zadań jest problemem. To brak narracji o rozwoju.

Gry uczą jeszcze jednej rzeczy: sprawczości

W grze decyzje mają konsekwencje, porażka nie kończy świata (dlatego nie boimy się popełniać w niej błędów), możemy spróbować inaczej.

W szkole często jest to jedna próba i jedna ocena, a czasem nawet jedna etykieta.

Dziecko, które nie ma wpływu w realnym świecie, bardzo chętnie pójdzie tam, gdzie ten wpływ ma. A gry dają to poczucie kontroli i sprawczości w sposób naturalny.

A gdyby prace domowe były misjami?

Zadałam sobie ostatnio pytanie: co by było, gdybyśmy zamiast zadań dawali dzieciom misje?

Zamiast: Naucz się, czym jest rzeczownik, misja mogłaby wyglądać tak:

  • poziom 1: wiem, co to jest rzeczownik
  • poziom 2: rozpoznaję go w zdaniu
  • poziom 3: używam go świadomie
  • poziom 4: buduję wypowiedź

Do tego:

  • wizualny pasek progresu,
  • poczucie zamknięcia etapu,
  • nagroda w postaci „umiem więcej niż wczoraj”.

Nie chodzi o to, żeby zamienić wszystko w grę. Chodzi o to, żeby uczyć się od gier projektowania doświadczeń.

Przykład z życia: lektura jako gra

Chociaż jeśli chodzi o zamianę szkolnych wyzwań w grę, to mam akurat ciekawe doświadczenie: czytając Królową Śniegu, zrobiłyśmy z moją córką lapbook w formie gry. Wypisałyśmy w bocznych menu bohaterów i misje (rozdziały), zaprojektowałyśmy mapę dla Gerdy, która w podróży prowadzącej ją do Kaja „zbierała” kolejne gwiazdki… Hans Christian Andersen, autor Królowej Śniegu wystąpił w dziale „Credits„. Córce bardzo się podobało – to nie było „odrabianie lektury”. To była przygoda.

Lapbook do lektury Królowa Śniegu z użyciem grafik występujących w grach.
Lapbook do lektury Królowa Śniegu z użyciem grafik występujących w grach.

I nagle okazało się, że:

  • dziecko chce czytać,
  • chce zbierać informacje,
  • chce wracać do tekstu,

bo forma tego doświadczenia zaprasza do odkrywania.

Czy to znaczy, że szkoła powinna być grą?

Nie! I bardzo nie chciałabym, żeby tak to zabrzmiało. Ale uważam, że szkoła może uczyć się od gier: pokazywania sensu, uwidaczniania progresu i budowania poczucia sprawczości.

Bo gry nie wygrywają z nauką dlatego, że są „łatwiejsze”. Wygrywają, bo są lepiej zaprojektowanym doświadczeniem.

Mały eksperyment (jeśli chcesz)

Testuję to u siebie. Małymi krokami. Bez rewolucji. Bez zakazów.

Jeśli masz ochotę, spróbuj:

  • wybrać jedno zadanie,
  • zamienić je w misję,
  • pokazać dziecku progres,
  • zapytać na koniec: „czego właśnie się nauczyłaś/eś?”

I zobacz, co się wydarzy.

Do usłyszenia wkrótce!

MOŻE ZAINTERESUJE CIĘ RÓWNIEŻ:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *