Solo Rodzinka – nasza własna książeczka #2

Dawno, dawno temu była sobie mama, która bardzo chciała stworzyć ze swoją córeczką własną książeczkę – taką z własną historyjką, własnymi obrazkami, własnoręcznie wydrukowaną, dociętą i czytaną w zaciszu dziecięcej sypialni późnym wieczorem, tuż przed zaśnięciem. Taką, z której obie byłyby bardzo, bardzo dumne.

Z marzeniami jest tak, że jak się któreś spełni, to pustkę po nim wypełnia się kolejnym. I w ten oto sposób ta sama mama, która marzyła o własnej książeczce, w tej samej sekundzie, w której skleiła ostatnią stronę tejże, zapragnęła stworzyć kolejną i kolejną i jeszcze następną. Ta mama, jak może niektórzy z Was już się domyślają, to ja 😉 A książeczkę można podejrzeć na blogu – o tu: Nasza książeczka. Od momentu powstania tamtego postu łaził mi po głowie pomysł na naszą kolejną książeczkę. Bardzo chciałam, żeby to było coś niewymuszonego, coś mocno naszego, więc dałam temu pomysłowi czas. On sobie tam w tej mojej głowie żył, co jakiś czas o sobie przypominał i kazał zapisywać różne przemyślenia. I tak z czasem wiedzieliśmy już w naszym rodzinnym gronie, że będzie to krótka, lecz pouczająca opowieść o samodzielności – powody ku temu były co najmniej dwa i to mocne, ale o tym za chwilę… Samodzielność to cecha, jak mogłoby się zdawać bardzo pożądana – zwłaszcza u prawidłowo rozwijających się dzieci. A jednak…

Postaci i sytuacje z książeczki (wierszyka) są zmyślone, ale sporo w nich inspiracji z nas, naszych przeżyć i przemyśleń. Na pewno jedno mogę przyznać z całą pewnością – od naszych dzieci możemy bardzo dużo dowiedzieć się o sobie i przy odrobinie pomyślności, wyciągnąć ciekawe wnioski.

Czy swoją enigmatyczną wypowiedzią zachęciłam Was do zapoznania się z naszą króciutką opowiastką o samodzielności? Mam nadzieję, bo jestem bardzo ciekawa czy Wam się spodoba. Dajcie znać w komentarzach.

W tym miejscu chciałam napisać Wam również, że w porównaniu do naszej pierwszej książeczki jest progres, że oprócz treści, którą znajdziecie poniżej, zamieszczam także podgląd i plik .pdf z całą książeczką – treść + ilustracje, którym poświęciłam kilka długich, jesiennych wieczorów i z których jestem tak nieskromnie dumna, że postanowiłam, iż nie powinny one skrywać się tylko w biblioteczce mojej córki i że tym samym można powiedzieć, że właśnie wypuszczam swojego pierwszego e-booka? Ale nie mogę tego Wam jeszcze napisać… Prace nad ilustracjami musiały zaczekać, ponieważ na tapecie miałam inny ważny projekt. Nie chciałam natomiast wstrzymywać publikacji tego postu do momentu ukończenia ilustracji, bo niesie on ze sobą bardzo ważne dla mnie treści. Ilustracje mogą dojechać później – dam znać, a dziś zapraszam Was do przeczytania naszej historyjki o samodzielności i na drugą część wpisu – pod wierszykiem.

SOLO RODZINKA – tu będzie można wkrótce pobrać książeczkę w formacie .pdf

Drodzy, co sądzicie o samodzielności oraz o nie proszeniu o pomoc? Będę wdzięczna za każdy komentarz i udostępnienie. Miłego czytania!

 

Solo Rodzinka

Był sobie Solo Tata, była sobie Solo Mama i była sobie Solo Dziecinka
– taka to była Solo Rodzinka.
Tata był mistrzem „w pojedynkę”. Sam chodził do pracy, do kina, na mecze,
tak to już było, nie zaprzeczę.
Mama była najlepsza we „własnoręcznie”. Własnymi rękami prała, sprzątała, gotowała,
choć nie wiem skąd na to wszystko siły brała.
Dziecinka zaś była superbohaterką o super mocy „samodzielność”. Samodzielnie się ubierała, bawiła i grała,
choć była ona całkiem mała.

Pewnego razu, to była chyba środa,
mała Dziecinka płacząc wołała,
że należy jej się swoboda,
że to i tamto robić sama chciała!

Mama jej na to, by pomoc przyjęła,
że to nic złego i żeby od niej tą pomocną dłoń wzięła.
A ona na to, że jej Mama i Tato nigdy nikogo o pomoc nie proszą
i brak pomocy dzielnie znoszą.

Och nie Dziecinko, zrobiliśmy błąd,
nauka dla wszystkich chyba płynie stąd
– od dziś Rodzinka wspólnie wszystko robić chce
i na oferty pomocy mówi „czemu nie!”.

KONIEC

Teraz czas na drugą część opowieści
 

Moja osobista historia o pewnej… depresji

Jak wspomniałam kilka akapitów wyżej – powody do napisania historyjki o samodzielności były co najmniej dwa. Pierwszy, dość oczywisty, był taki, że jakiś czas temu moja córka dostała w przedszkolu super-moc (to tak w ramach ogólno-przedszkolnej zabawy – każde dziecko dostało swoją unikatową super-moc). Jej super-mocą była oczywiście SAMODZIELNOŚĆ. Duma matki sięgała gwiazd. Zastanawiając się, co skłoniło Panie przedszkolanki do nadania memu dziecku właśnie tej cechy nie miałam żadnych wątpliwości – pierwszym słowem wypowiedzianym przez moją córkę było nie, a pierwszym zdaniem ja sama. Rozkoszne, a jednak… Samodzielność w jej wydaniu czasami nas elektryzowała, bo córka nie pozwalała sobie pomagać nawet w bardzo trudnych zadaniach. Próbowaliśmy pomagać jej ukradkiem, ale ona zawsze spostrzegła, co zrobiliśmy i sytuacja stawała się jeszcze bardziej napięta. Próbowaliśmy też tłumaczyć, że czasem trzeba po prostu poprosić o pomoc i nie zawsze wszystko wychodzi za pierwszym razem. Kiedy wypowiadałam do niej te słowa jakaś nieznośna myśl wibrowała mi z tyłu głowy i nie dawała spokoju, aż pewnego dnia nadeszło objawienie. Otóż, nomen omen, ja sama tak robiłam. Ja sama wszystko chciałam robić sama… Nie zawsze tak było, dlatego zrozumienie, co tu jest grane, było dość trudne. I tu przechodzimy do powodu numer dwa…

Kiedy niespełna 4 lata temu przyszła na świat moja córeczka wszystko stanęło na głowie – jak u większości rodziców, którzy muszą poradzić sobie z obsługą swojego pierwszego dziecka. Wydaje mi się, że w pierwszych chwilach szło nam całkiem dobrze, wydaje mi się, że od razu była między nami „chemia”, no ale pierwsze problemy musiały przyjść i przyszły jeszcze na sali poporodowej. Kiedy moje dziecko płakało pół nocy, bo było głodne, a moje pierwsze mleko jej nie starczało, kiedy potrzebowałam, żeby ktoś mi wytłumaczył, co tu jest grane, usłyszałam od mojej sąsiadki z sali, że teraz jesteś mamą, teraz musisz radzić sobie sama

Dziś, z perspektywy czasu rozumiem, że nie znałam jej sytuacji, nie znałam jej przekonań, nie znałam jej, a wzięłam to, co wypowiedziała, jak prawdę objawioną i zatrułam tym nasze pierwsze lata, jako młodej rodziny. Tak narodziła się okazja do zaistnienia mojej, trwającej przeszło dwa lata, depresji poporodowej. Słowa wypowiedziane nawet nie wiem, w jakim celu, trafiły na grunt niepewności, strachu i (o zgrozo) ambicji. I od tamtej pory próbowałam całemu światu udowodnić, że skoro jestem mamą, to dam sobie radę sama, bo słowa współlokatorki z sali poporodowej potwierdzały również moje własne, niestety mocno wybiórcze, obserwacje, umacniając tym samym niezdrowe przekonania.

Tak oto każdego dnia grałam do przeciwnej bramki, odsuwałam mojego męża, który chyba nie zdawał sobie z tego sprawy (ja na pewno sobie z tego nie zdawałam sprawy) i przygotowałam doskonały grunt dla narodzin frustracji. Dorzucałam do niej skrupulatnie każdego dnia, przez ponad dwa lata. Intuicja i instynkty przetrwania próbowały dojść do głosu, ale skutecznie je zagłuszałam. I oczywiście, jak zwykle to bywa z depresją – na pierwszy rzut oka wszystko było ok, a komu chciałoby się rzucać okiem drugi raz?

Na szczęście, jak w każdej dobrej bajce, przyszedł taki dzień, że „księżniczka” ostatni raz wzięła sprawy we własne ręce i… pozwoliła wreszcie sobie pomóc. Poszłam na terapię. Pracowałam na niej ciężko przez rok. Odkryłam mnóstwo kawałków układanki. Odkryłam siebie. Odkryłam, jak funkcjonować w nowej sytuacji, jaką jest moja własna rodzina. Pozwoliłam sobie na taki luksus, jakim jest wsparcie i wierzę, że jeśli nadal będę na to pozwalać, to swoją postawą pokażę córce, że właśnie tak – czasami warto poprosić o pomoc.

Powody do napisania krótkiej, zabawnej i lekkiej historyjki były co najmniej dwa… były dość istotne i takie nasze. Teraz chciałabym naszą historyjką i moją historią zaprosić Was do przemyśleń do dyskusji, do podzielenia się swoimi doświadczeniami. Chętnie poznam Wasze historie i historyjki.

Post, choć niezwykle osobisty, postanowiłam napisać, bo wierzę, że dzielenie się takimi historiami może realnie komuś pomóc. Sama w taki właśnie sposób trafiłam do mojej terapeutki (bo inna dziewczyna, podzieliła się w sieci swoją historią). Jeśli gdzieś tam, wśród moich Czytelników jest ktoś, kto zmaga się z takimi samymi problemami, jak ja te kilkanaście miesięcy temu, to chcę powiedzieć, że teraz, kiedy jesteś Rodzicem, wcale nie musisz radzić sobie sama/sam, nie wszystko wychodzi za pierwszym razem i czasami warto dać sobie pomóc.

2 Komentarze

Dodaj komentarz